• Wpisów:281
  • Średnio co: 6 dni
  • Ostatni wpis:5 dni temu
  • Licznik odwiedzin:25 176 / 1902 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 

Nasz mały apel do siebie.

W pewnym sensie kocham to kiedy jesteśmy daleko.
Kocham na Niego czekać.
Kocham Go widzieć

za każdym kolejnym razem

po raz pierwszy.
 

 

- Ja się chyba nie nadaję...
- Do czego?
- Do życia.
- Do życia? Kończysz się?
- Problem w tym, że ja się chyba nigdy nie zaczęłam.


 

 

Tak sobie myślę, że ten kawałek to całkiem ładne życzenia świąteczne.

Więcej sił, więcej wiary, więcej nadziei.

Wesołych Świąt!
 

 

(8.12.2017, 1;51)

Aktualnie jesteś w każdym wersie.
Myślach rozlanych na pomiętych kartkach,
którymi nie trafiłam do i tak przepełnionego już dawno
kosza
na śmieci.

Bo wydało mi się,
że każde słowo,
każdy rym.
Każda linijka zapisana myślą i tęsknotą
jest zwyczajnie nieodpowiednia.

Że Cały-Świat zasługuje na patos.
Że to zbyt wiele na kilka wersów wiersza.
Kiepskiego w dodatku.
Wiersza lepkiego od niewłaściwych słów,
stawianych w nieodpowiednich miejscach.
Wiersza bez większego ładu
i składu.
Spisanego o godzinie 1:50
w nocy.
Gdzieś na południu kraju smętnego,
otulonego chłodnym kocem
nadchodzących świąt.
Gdzieś pomiędzy jedną a drugą ścianą
pomalowaną startym wałkiem malarskim
na zbyt jasny szary.
Gdzieś między łkaniem piosenki,
a zgrzytem niedomkniętych drzwi.
Alarmem samochodu, a trzaskaniem tramwaju.

Że Cały-Świat, to zbyt wiele
jak na rymy, strofy,
utykające metafory.
Fałszowania epitetów i kiczowaty patetyczny wydźwięk.
Kropki trzymające sztywno gardę
i przecinki zasypiające jakoś tak dziwnie
w miejscach przecież zbyt twardych
do zasypiania.

Bo wydało mi się,
że Cały-Świat, to zbyt wiele
by mógł o nim powstać całkiem zgrabny tekst,
który zmieści go w swoich objęciach.
Otuli i nikt nie zarzuci mu, że nie wycisnął z siebie pełni sił
by opowiedzieć.

Opowiedzieć czym ten Cały-Świat jest.

Dla tego kto pisze.

A przynajmniej próbuje.

Z marnym tego działania skutkiem.

Bo jeśli może istnieć coś ponad ten promień słońca, który zmusza do porannego otworzenia zmęczonych nieustannie powiek.
I coś ponad smak kawy drażniącej zawzięcie podniebienie i namawiającej do wzięcia się w garść.
Ponad strumień wody zmywającej z dusz nawet najtrudniejszy, miniony dzień.
Coś ponad ciepło ogniska rozgrzewającego nawet najbardziej zziębnięte serca.
I ponad błysk gwiazd rozjaśniających nawet najczarniejszy mrok myśli.
Coś ponad brzmienie muzyki, która otula swym rytmem w trakcie bezsennych, męczących nocy.
I coś ponad powiew wiatru, który rozwiewa nawet najgęstsze chmury zwiastujące burzę.

Bo jeśli może istnieć coś ponad zapach świeżo skoszonej trawy, przypominającej o gorących dniach beztroski i wolności.
I coś ponad trwającą błogą ciszę, kiedy w głowie nie ma ani jednej przykrej myśli.
Coś ponad ciepły koc, miękki sweter, strzelające drewno i żar w kominku.
Ponad zacinający się odgłos płyty winylowej i ledwo słyszalny szum ulubionej stacji radiowej.
Coś ponad smak truskawek latem i aromat zielonej herbaty zaparzonej w idealnie wymierzonej temperaturze.
Ponad stan upojenia, pocałunek i dreszcz przyziemnej cielesności.
Coś ponad cztery ściany, własny kąt i tak zwane
"spełnienie wszystkich marzeń"

To właśnie Cały-Świat.
Cały-Mój-Świat.

Zbyt wiele by mógł o nim powstać całkiem zgrabny tekst.
Lecz na tyle by mogło z niego powstać całkiem zgrabne życie.

To właśnie Cały-Świat.

Cały-Mój-Świat.

TY.
 

 

Charles Bukowski
"Sam ze wszystkim"

(fragment)

ciało opina kości
do środka
dają mózg i
czasem dusze
i kobiety rozbijają
wazony o ściany
a mężczyźni pija za
dużo
i nikt nie znajduje
tego właściwego
ale ciągle
szukają
wpełzają do łóżek
wypełzają z łóżek.
ciało opina
kości i
ciało szuka
czegoś więcej niż
ciało

 

 

"(...)
- A co Ty taki doniczegowaty dzisiaj?
- Płakać mi się chce."
 

 

-R. Wojaczek-
 

 

Jak to jest, że pięknie potrafisz tylko płakać?

tylko dusić.

tylko krztusić.


Ledwo dychać.



Naucz mnie pięknie pisać o szczęściu.


 

 

Idąc na piwo,
wieczorem do kina.
Na kawę,
na krótką rozmowę.

Kiedy po pięciu sygnałach
żaden głos nie do usłyszenia.
Gdy tylko w dialog się wpędza
z echem.
Gdy jedyne oczy które obserwują,
to własne
w tafli wody, wanny, lustra, kubka z niedopitą kawą.
Gdy pustka zaczyna zbyt się tłoczyć,
a cisza drze się niemiłosiernie przez megafony uszu.
Kiedy na horyzoncie ani żywej duszy,
psa,
cichej myszy,
kota w worku,
czy węża w bucie.
Kiedy bezsilność przybiera na sile,
a strach już nawet ochoty nie ma oczu rozszerzać.

Jestem Twoim planem B.
I C,
i D,
i X, Y, Z,
i resztą alfabetu.

Na miłość,
na przyjaźń.
Na zbieranie łez,
przyszywanie uśmiechów.

Zawsze planem B.

Nigdy zdecydowanie.
Zawsze OSTATECZNIE.

Bo idąc na piwo,
wieczorem do kina.
Na kawę,
na krótką rozmowę,

ostatecznie zawsze ratuję Ci życie.
 

 

Gorsze noce mamy ostatnimi dniami.

 

 

Nie.

Nie mam pojęcia.

Nie mam pojęcia gdzie Cię znaleźć.

"w razie czego".


"W razie czego", nie Ty cokolwiek będziesz znaczyć.
Swoją obecność,
nieobecność,
rozczarowanie
i niedocałowanie.

Piosenki nie dotańczone.

Markerem, krwią, gwoździem...

Daleko, dalej

znacz czym chcesz.

Mnie i dla mnie już nie Ty.


Moje serce zostaw w spokoju




odnalazło swój rytm...
 

 

Forma autoterapii:

strach, krzyk, dość, bieg, złość, deszcz, dreszcz, nienawiść, pięść, trach, rach, łza, ciach, za łzą, strumień, gorzko, gorzki, gorzka, oziębła, zły, On, Ona, oczy, pustka, uśmiech, lustro, bruk, mamo, ból, ziemia, kamień, tuż, obok, pociąg, raz, patrz, uwaga, skupienie, włos, ramię, pięść, jedyny, krzyk, ruch, puf, mknij, raz, ostatni, nadzieja, szczęście, ogród, dom, dzieci, dziecko, stop, proszę, dość, i znów, krzyk, strach, lęk, panika, panika, panika, atak, drzewo, krzak, płomień, próchno, las, ciemność, okno, dom, bezpieczeństwo, obiecał, pamiętam, nie On jedyny, jedyny, żal, klif, wschód, grunt, krok, jeden, i trzask, trach, rach, pustka, ciach, nicość, i złość, księżyc, zimno, zimno, lód, serce, puk, brak, pękło, Ktoś, coś, gdzieś, tup, i bieg, i lęk, i znów, i ruch, pierś, i dłoń, i och, i stop, znów krzyk, pot, ciepło, brak, pozytywka, ciepła, szum, zło, początek, koniec, Mój, Twój, wiersz, i wers, rytm, Nasz, mózg, zepsuty, ocean, poszarpany, roztargany, serce, puk, puk, Kto tam?, i strach, i lęk, oczy, pustka, usta, cmok, dość, już stop, kłamstwo, prawda, Ty, przepraszam, Ja, brak, obecność, przyjaźń, gdzieś, spętać, dusić, pić, gryźć, własność, ruch, trzask, trzask, stop, wino, jeść, uciekać, brnąć, duży, mały, brzuch, problem, kruk, czerń, dół, pustka, błoto, światło, król.
coś jest nie tak.
 

 

Pani jest szczęśliwa!

Szczęśliwa.

Kąciki ust się unosi,
bulka się niewyraźny rechot.
Przecież Pani słyszy.
Oczy...
Oczy pozostawmy same sobie.
Nie umie się ich rozgryźć,
są zwykle zbyt twarde.
Zwykle niejadalne.

Szczęśliwa.

Wypłakuje się to w ciszę nocną,
przegryza leśnym echem.
Pani nie widzi?
Wydrapuje się to nerwowo
na drzewach,
dłoniach
i nadgarstkach.
Paznokciem drapie po piersiach,
miejscach siwych od pocałunków.

Pani nie rozumie?
Kiedy jest się szczęśliwym,
przecież wszystko przychodzi
łatwiej.

Łatwiej się wpada w histerię
i dłużej się nie można uspokoić.
Sekundy drgają niepoliczalnie,
a wiatr przesuwa wskazówki zegarów.
Każdą inaczej,
każdą na swój sposób.

Przecież Pani mnie zna...
Porzuca się dumę
i czasami pozostaje się z niczym.
Z podrapanym sobą.
Z kimś "z dawien dawna",
przemykającym między jednym zwojem nerwowym
a drugim.
Z rozlanym w głowie mlekiem.
Wczorajszymi butelkami.
Z niedopałkami zbliżeń.

Szczęśliwa.

W szczęśliwym związku,
z szczęśliwym drugim człowiekiem.
Raz bardziej obcym,
raz bardziej bliskim.

Szczęśliwa...

Z pytaniem włóczęgą.
Tułającym się po całym krwiobiegu:

Czy trzydzieści sześć
stopni celcjusza
to wystarczająco dużo by kochać?
 

 

"Niepisana umowa erotycznej przyjaźni zakładała, że Tomasz wykluczy ze swego życia miłość. Gdyby naruszył ten warunek, reszta jego kochanek znalazłaby się na drugim planie i mogłaby się zbuntować.
Dlatego wynajął dla Teresy pokój, do którego musiała zabrać swą ciężką walizę. Chciał czuwać nad nią, cieszyć się jej obecnością, ochraniać ją, ale nie odczuwał żadnej potrzeby, by zmieniać swój tryb życia. Dlatego nie chciał, żeby wiedziano, że Teresa u niego sypia. Wspólny sen stanowił bowiem corpus delicti miłości.
Z innymi kobietami nigdy nie dzielił snu. Kiedy był z wizytą u nich, sprawa była prosta - mógł odejść, gdy chciał. Trudniej bywało, kiedy one przychodziły do niego i musiał im wyjaśniać, że po północy odwiezie je do domu, ponieważ cierpi na bezsenność i nie jest w stanie usnąć w bezpośredniej bliskości innego człowieka. Nie było to dalekie od prawdy, ale główny powód był gorszy i nie miał odwagi nikomu się z niego zwierzyć: po stosunku miłosnym odczuwał nieprzezwyciężalne pragnienie samotności; nie znosił budzić się w środku nocy przy boku obcej istoty; czuł wstręt do wspólnego wstawania rano; nie życzył sobie, by ktoś słyszał, jak myje zęby w łazience; nie pociągała go intymność śniadania we dwoje.
Dlatego tak go zaskoczyło, kiedy się przebudził, a Teresa mocno ściskała jego rękę. Przyglądał się jej i nie mógł zrozumieć, co się właściwie stało. Przypominał sobie minione godziny i wydawało mu się, że płynie od nich zapach jakiegoś nieznanego szczęścia. Od tego czasu oboje z radością oczekiwali wspólnego snu. Można by prawie powiedzieć, że celem ich kochania się nie była rozkosz, ale sen, który po niej przychodził. Szczególnie ona nie mogła spać bez niego. Kiedy zostawała czasem sama w swym wynajętym pokoju (który stawał się coraz bardziej czystym alibi), nie mogła usnąć przez całą noc. W jego objęciach usypiała natychmiast, nawet gdy była bardzo zdenerwowana. Opowiadał jej szeptem bajki, które dla niej wymyślał, jakieś nonsensy, powtarzał kojące lub zabawne słowa. Te słowa przemieniały się w niej w mgliste wizje, które prowadziły ją w pierwszy sen. Panował całkowicie nad jej snem; usypiała dokładnie w tej sekundzie, którą wybrał. Kiedy spali, trzymała go jak pierwszej nocy: mocno ściskała jego przegub, jego palec. (...)
Pewnego razu, kiedy już prawie ją uśpił - znajdowała się w pierwszym przedsionku snu, tak że była jeszcze w stanie odpowiadać na jego pytania - powiedział do niej:
- Tak. A teraz odejdę.
- Dokąd? - spytała.
- Daleko. - odpowiedział surowym tonem.
- Idę z tobą! - krzyknęła i podniosła się na łóżku.
- Nie. Nie możesz. Odchodzę na zawsze - powiedział i wyszedł do przedpokoju.
Wstała z przymkniętymi oczyma i szła za nim. Miała na sobie krótką koszulkę, pod którą była naga. Jej twarz była nieruchoma, bez wyrazu, ale ruchy energiczne. Wyszedł z przedpokoju na klatkę schodową i zamknął przed Teresą drzwi. Otworzyła je gwałtownie i szła za nim, przekonana we śnie, że chce od niej odejść na zawsze i że musi go zatrzymać. Zszedł po schodach na półpiętro i tam na nią czekał. Zeszła do niego, chwyciła go za rękę i zaprowadziła z powrotem do łóżka.
Tomasz powiedział sobie: kochać się z kobietą i spać z nią to dwie namiętności nie tylko różne, ale prawie przeciwstawne. Miłość nie wyraża się w pragnieniu spółkowania (to pragnienie dotyczy przecież niezliczonych kobiet), ale w pragnieniu wspólnego snu (to pragnienie dotyczy tylko jednej jedynej kobiety)."

Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"
 

 

Dotychczas szczęście przepijałam łzami.
Teraz On zbiera mi smutek z policzków.

Wreszcie nie jest źle.

Przyspieszony ruch klatki piersiowej;
uwielbiam Jego dudniące serce
i to, że każdego dnia
Słońce wschodzi tylko dla Nas.

Szarpnę się nawet na:

wreszcie jest DOBRZE.
  • awatar Gość: a zatem Waits?
  • awatar Martwica Serca`: cudownie <3 zatem chwilo trwaj!
  • awatar Gość: Super :)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Wpis tylko dla właściciela minibloga

Wpis prywatny. Może go zobaczyć tylko właściciel minibloga.

 

 

Jednego wieczora siąść
i pozwolić sercu pompować tchnienia resztkami sił.
Zalewać żyły gorzkim smakiem zielonej herbaty,
której fusów sypnęło się za dużo
o cztery łyżeczki,
bo myśli na moment spuściły się ze smyczy.
Nie skupiły na tym co trzeba.
Czuć cierpnące od wewnątrz policzki
i język który nerwowo pociera o górne jedynki,
bo chce coś wyszeptać
o te kilka chwil za późno...

Jednego wieczora zatonąć w zbyt pełnej wannie
i machać rękoma apatycznie,
liczącymi, że ktoś im rzuci koło ratunkowe,
na które przecież już nawet nie ma miejsca.
I pocierać ręcznikiem o dawno suche ciało.
Kawałek po kawałku,
licząc że zdrapie się gęsią skórkę,
pamięć o drgającym opuszku.
Że w krwi utopi się zbyt dobre wspomnienie.

Jednego wieczora zaciskać powieki
i zgrzytać na zębach,
zapychając plusz poduszki nadal zbyt cichym krzykiem.
Ocierać ukradkiem błędną kroplę,
której mimo starań
udało się wypalić znamię na lewym policzku.

Jednego wieczora nie bać się o potem,
tylko o te kilka chwil temu.

Jednego wieczora poddać się,
by następnego szepnąć,
że się wygrało.

Przegrani,
co to przetrwali już nie jeden koniec świata.

Tego wieczora
coś nam zabroniło wstrzymywać oddech.

Setny raz z kolei.

W zapowiedzi stu następnych...